niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 37

- Co?! - spojrzałam na niego zdenerwowana.
-Pojedziemy do moich rodziców. Przecież to nic strasznego.
-Nic strasznego?! - powiedziałam i wstałam z łóżka, mówiąc do siebie :- tak to jest, gdy facet nie zrozumie kobiety...
-Co? - podszedł do mnie, łapiąc za ramiona.
-Ja nigdzie nie jadę - patrzyłam wszędzie, tylko nie na niego.
-Co znaczy: nie jedziesz?
-Boję się - w końcu spojrzałam w to niebieskie morze w jego  oczkach.
-Czego kiciu? - zapytał z uśmiechem, przytulając mnie.
-No... Wszystkiego. Tego, czy mnie zaakceptują. Czy twoje siostry mnie polubią... Albo, że wyjdę  a idiotkę i pannę jakąś głupotę i mnie wysmieją albo nie wiem co jeszcze!-oparłam głowę o jego tors. Chłopak mój zaśmiał się, przez co jego klatka piersiową zadrżała.
-Misiek, ty się chyba dziś nie wyspałaś w tym łóżku, bo gadasz od rzeczy- odsunął mnie od siebie i patrzał w oczy. - Po pierwsze: na pewno Cię zaakceptują. Po drugie : Polubią Cię a jak nie to zmienią zdanie. Po trzecie:Nie wyjdziesz na idiotkę. Masz tak nie mówić ani nawet tak nie myśleć, bo ci to szybko z tej ślicznej główki wybiję, tak? - kiwnęłam głową na zgodę. Cmoknął mnie w czubek głowę. - No.
-Dobrze, ok. Niech będzie- westchnęła. Z nim nie mam szans do wygrania.
-Czyli jedziemy?
-Tak.
-Ale na pewno?
-Tak!-powiedziałam głośniej i uśmiechnęłam się.
-No.
-Co porobić? jest dopiero 22.
-No... Ja mam pomysł... - spojrzał na mnie dwuznacznie. O nie!
Zaczął się przybliżać. Nawet nie wiem, kiedy się odsunęłam...
-To znaczy? - oby to nie było to...
-Oboje wiemy co - moje plecy dotknęły ściany a ja pisnęłam.
Boże, czy ja się boję Louisa? Mojego Louisa?
Chyba naprawdę się dziś nie wyspałam...
-To znaczy? - patrzyłam na niego, jakbym nie wiedziała o co mu chodzi. Zbliżył usta do mojego  ucha i powiedział cicho:
-Sama dobrze wiesz co, tylko nie chcesz się przed samą sobą do tego przyznać.
Przeszły mnie miłe ciarki wzdłuż kręgosłupa po tych słowach.
-A nawet jeśli to co?
-Chcę wiedzieć na czym stoimy.
-Aktualnie na panelach Louis.
-Zabawne kotku. Pytam poważnie - iskierki grały w jego oczach,gdy się zaśmiał.
-Myślę, że niedługo...
-Za niedługo, co?
-Będziemy mogli TO zrobić...
-A to niedługo, to tak daleko, czy blisko?
Jego pytania mnie rozbrają.
-Raczej blisko.
Odetchnęłam. Nawet nie wiecie jak ciężko było mi to powiedzieć... A co dopiero... No ale trzeba się do cholery kiedyś przemóc, tak?
-Raczej blisko mówisz? - przytulił mnie.
-Raczej blisko. Więc... Kiedy jedziemy do twoich rodziców?
Musiałam zmienić temat, bo czułam się niezręcznie. I chyba tylko ja...
-Za trzy dni.
Wytrzeszczyłam oczy.
Kiedy?!
-Kiedy?
-W piątek. Po południu. Jak skończysz pracę. Poprosisz Nicole, by Ci dała zmianę na rano i już.
-Nawet jeśli, to będę o 16.
-I w sam raz.
Louis pociągnął mnie w stronę łóżka. Usiedliśmy a on dalej mówił.
-Gdy tylko wrócisz do domu, musisz mi o tym powiedzieć, żeby przetransportować Cię bez świadków do samochodu.
-Jak to  przetransportować? Jak ty to sobie wyobrażasz?
-Normalnie. Zobaczysz.
-Nie powiesz mi?
-Nie- pokręcił przecząco głową z uśmiechem.
-Ale ty jesteś - udałam focha.
-Ej no. Tylko mi tu bez focha! - patrzył na mnie badawczo.
-Bo co? - spojrzałam na niego z ukosa.
-Bo będę musiał szybko się go pozbyć.
-No ciekawe jak!
-A tak- rzucił się na mnie, przyglądając swoim ciałem. Po chwili siedział mi na biodrach i zbliżał palce do... Do moich żeber. Tam, gdzie mam gilgotki.
-Louis nie-nie posłuchał, tylko zbliżał się cały czas z tym swoim cudny uśmiechem radości. - Louis, proszę...
A on zaczął mnie łaskotać.
-Louis... P... Przestań!
A ten nic.
-Koniec focha? - zapytał, kiedy ja śmiałam się w najlepsze.
-Tak... Tyl... Tylko już... Przestań...
Gdy tylko wyjęczałam pierwsze słowo, od razu przestał i przetrurlał nas tak, że teraz to  ja siedziałam na nim.
-Co to było?! - zapytałam, gdy się w końcu ogarnęłam.
-Hm... Łaskotanie?
-To nie jest... - Nie mogłam dokończyć, bo przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie, po czy przewrócił tak, że byłam pod nim. Nadal mnie całował. - Louis... Nie... Licz... Na... Nic- wypowiadał w przerwach pomiędzy pocałunkami.
-Wiem... - oderwał się ode mnie,łapiąc ciężko powietrze. Patrzyłam na to z uśmiechem a on:- no co? Dla twoich ust warto nawet umrzeć miśku- przyciągnął mnie do siebie i przytulił.
Tak, dla jego ust także.

***Trzy dni pozniej***

-Sama się dziwię, że mi pozwoliła- powiedziałam do Stacy.
-No nic. Ale jedno jest pewne - wychodzimy razem!
Po jej słowach, większość klientów kawiarni popatrzyło na nas jak na szalone nieodpowiedzialne dziewczyny.
Ta od razu się uspokoiła i zaczęłyśmy  sprzątać z blatu.

Wraz z godziną 16 opuściłyśmy lokal. Pożegnałyśmy się i poszłyśmy  w swoje strony.
Wchodząc do swojego pokoju, zadzwoniłam do Lou.
-Cześć misiek! Gotowa?
-Nie. Nie powiedziałeś mi co ja mam w ogóle ze sobą zabrać!
-Jedziemy na dwa dni. Zabierz co będzie Ci najpotrzebniejsze  i wyjdź na taras.
-Okej.
Spakowane to co powinno i zamykając dom, wyszłam na taras, taj jak chciał.
-Ewa! Tu jestem!
Usłyszałam gdzieś w końcu ogrodu.
Poszłam tam i zobaczyłam Louisa, który stał przy dość sporej dziurze w płocie.
-Hej kochanie- przywitaliśmy się.
-Cześć. Chodź, jedziemy.
-Louis, czemu w moim płocie jest dziura!? - zatrzymałam się.
-No przecież jakoś musiałem się do ciebie dostawać. Chodź - przeszliśmy przez nią byliśmy na posesji chłopaków.
-Wsiadać z tyłu, żeby nikt cię nie zobaczył. A potem jak będziemy już daleko stąd, to się przesiądziesz, ok?
-Dobra dobra.
Chłopak wsiadł, ruszył i po kilku chwilach byliśmy już na drodze.
Po kilku minutach Louis odezwal się.
-Okej, teraz możesz do mnie wrócić.
Tak też zrobiłam i po chwili siedziałam n miejscu pasażera z dłonią Louisa na kolanie.
No cóż, więc jedziemy do jego rodziców.





*******
Witajcie moi kochani!
Jak rozdział?
Mam nadzieję, że nie taki straszny.....
Czekam na wasze opinie.


I jeszcze jedna wiadomość


To ostatni post dodawany w miarę często! 
Niestety dla mnie ferie się już skończyły i idę do pracy, więc wybaczcie mi, że znowu posty będą nieregularnie.... 






CZYTASZ = KOMENTUJESZ

czwartek, 5 lutego 2015

Harry zamówienie

Dla Zuzi <3




Zawsze chciałem mieć swój gang, albo coś podobnego. Po prostu chcialem porządzić sobie trochę.
Ale przez to muszę za każd razem wyrzekać się swojej prawdziwej osobowości i być zimnym mordercą...


-Pytam ostatni raz, gdzie ona jest?! - wrzasnąłem temu chujowi w twarz.  Od wyciągania wiadomości od porwanych mam ludzi, ale w tym przypadku musiałem zająć się tym osobiście.
-Ja nic nie wiem... Nie widziałem jej od roku...
-Łżesz! - wrzasnąłem. Byłem na skraju. Skłamie jeszcze raz, a to będzie jego ostatnie kłamstwo w życiu. - Mam ludzi którzy widzieli jak obserwowałeś ją tydzień temu! Patrz  na mnie jak do ciebie mówię! - wrzeszczałem na niego. Ta karykatura faceta...
-Ja nic nie wiem. Nie widziałem jej rok!
-Jeszcze jedno kłamstwo i skończysz jak ten niedrobiony kumpel twój-przystawiłem mu pistolet do głowy.
-Ja naprawdę...
Strzeliłem. W kolano. Ma chuj szczęście, że jeszcze go przy życiu trzymam. Marcus zaczął wrzeszczeć i rzucać się z bólu. Ja tylko chodziłem wokół niego i nawet cieszyłem się, że on cierpi. Tak jak ja w tym momencie. Bez Zuz. To ona potrafiła sprawić samą swoją obecnością, że staję innym człowiekiem.
-Pytam ostatni raz. Gdzie. Jest. Zuza?
-D.. Dobra. Powiem Ci... Jest... W... W opuszczonym schronisku dla psów... W tym na obrzeżach Holmes Chapel.
Strzeliłem kolejny raz. Ostatni. Zabiłem. Schowała broń w spodnie i wyszedłem z pomieszczenia.
-Liam, posprzątaj to- powiedziałem do mojego ochroniarza. Jednego z czterech.
-I jak szefie? powiedział coś?
-Tak. Podobno jest w tym opuszczonym schronisku. Jadę tam z chłopakami.
-Dobrze.
Wpadłem do swojego gabinetu i złapałem za telefon.
-Malik?
-Tak szef?
-W tej chwili z Tolminsonem i Horanem u mnie w gabinecie. Nie mam czasu.
Po minucie cała trójka stała przede mną.
-Jedziemy do opuszczonego schroniska, nie ma czasu-zabrałem kurtkę i nic więcej do nich nie mówiąc pobiegłem do auta. Zrozumieli, że mają zrobić to samo.
Po kilkunastu minutach szybkiej jazdy, znaleźliśmy się w wyznaczonym celu.
-Rozdzielamy się. Jeśli któryś z was ją znajdzie, zostajecie z nią, dzwonicie do mnie i łapy przy sobie-zastrzegłem, grożąc palcem i patrząc na nich uważnie. Liczyli się ze mną bo ja liczyłem się z nimi. Może teraz wyglądam na bezuczuciowego sukinsyna, ale w domu jestem inny. Tu jest praca. Musze odnaleźć osobę, dzięki której jestem dobry. - Do roboty chłopaki.
-Okej.
I polecieli w różne strony. Ja też poszedłem  w swoją.
Szedłem już jakiś czas po ciemnych pomieszczeniach, mających w swoich zasobach tylko cegły. W końcu dotarłem do ostatniego, o dziwo zamkniętego drzwiami pomieszczenia. Nie zastanawiając się za długo, wywarzłem drewnianą powłokę i wpadłem do środka, niczym super bohater.
Przy mojej ukochanej stał Jacob, trzeci niedorobiony, którego nie zdążyłem jeszcze załatwić.
-Styles, jak miło Cię widzieć - widziałem to przerażenie na twarzy mojego skarba i połyskujący nóż przy jej szyi.
-Bardzo miło - zanim zdążył coś dodać sprzedałem mu kulkę prosto między oczy. Celny strzał.
Nóż wyleciał mu z dłoni i padł na ziemię obok mojego anioła.
Pobiegłem do niej i szybko uwolniłem od sznurów i taśmy przyklejonej na ustach.
-Harry- zapłakała w moje ramię, jak tylko ją przytuliłem.
-Już dobrze aniele. Juz dobrze... Ci... Już jestem przy tobie.
-Tak bardzo się bałam... Że nie zdążysz...
-Jestem tu.
Wziąłem ją na ręce i wyniosłem z tej ruiny. Wsadziłem na tylnie siedzenia i usiadłem przy niej.
-Zayn?
-Tak szefie? Masz ją?
-Mam. Jest cała. Wracajcie i jedziemy do domu.
Po kilku minutach chłopaki przybiegli do samochodu i szybko ruszyli. Mała słodko spała na moich kolanach.
Louis zatrzymał się przed moim domem. Podziękowałem im i udałem się z Zuzą do naszej sypialni. Położyłem ją delikatnie na łóżku, ale i tak się obudziła.
-Harry? - przestraszyła się, że mnie nie ma.
-Jestem Tu-przytuliłem ją do siebie.
-Dziękuję - wyszeptała mi w tors. -Harry?
-Co tam kochanie? - zapytałem.
-Pomożesz mi się umyć? Chyba nie dam rady sama.
Zaiste, ale w tamtym momencie nie pomyślałem ani przez moment o tym, jak zawsze myślałem, gdy wypowiadał e słowa. Chciałem za wszelką cenę zabrać jej tego bólu jakiego tam doświadczyła.
-Oczywiście.

Gdy leżała już spokojnie w łóżku, wtulona we mnie, zapytała :
-Jak widzisz naszą przyszłość, Harry?.
-Jak ją widzę?
-Tak.
-Hm... Za jakiś czas bierzemy ślub. Będziesz najpiękniejszą panną młodą. Będziemy mieszkać tutaj, chyba, że nie będziesz chciała. I będziemy mieć kilka brykających dzieciaczków. Co ty na to?
-Cudna taka przyszłość.
-A czemu pytasz?
-Bo widzisz Harry... - podniosła się do siadu by patrzeć na mnie.
-Nie mów, że chcesz odejść... - Nie wiem co bym wtedy zrobił. Bez niej jestem jak maszyna do zabijania. Nikt przed niczym mnie nie powstrzyma. A ona potrafi uspokoić mnie dotykiem swojej dłoni.
-Nie! Skąd ci to do głowy przyszło? - zaśmiała się s ja odetchnąłem.
-Nie wiem. Tam jakoś... Co chcesz mi w takim razie powiedzieć?
-Bo... Ja... Boże, to jest trudne!
Schowała twarz w dłoniach.
-Ej, aniele mój, co się stało? Przecież wiesz, że nic Ci nie zrobię - zabrałem jej delikatne paluszki z buzi.
-Nie o to chodzi. Po prostu boję się, że nie będziesz chciał...
-Czego?
-Jestem w ciąży.
Zamknęła oczy, jakby zaraz miała przyjąć cios lub nie wiem co.
Uśmiech, wielki ogromny uśmiech zawitał na mojej twarzy.
Będę miał dziecko? Syna albo córę?
-Zuzik, na prawdę? - patrzyłem na nią dopóki nie otworzyła oczu.
-Tak. Czwarty tydzień.
Mocno ją przytuliłem. Obleciał mnie strach, że coś mogło by mu się przez to wszystko stać.
-Cieszę się. Bardzo się cieszę.
-Nie jesteś zły?
-Za co? - zaśmiałem się.
-Bo chciałeś miec dziecko po ślubie a nie przed.
-No i co z tego? To nasz dzidziuś. Nasz. Nie ważne czy przed czy po ślubie.
-To dobrze. Bałam się, że nie będziesz mnie chciał...
-A weź. Chcę Cię nawet tu i teraz, ale wiesz, nie da rady- zaśmiałem się a ona ze mną. - Idziemy jutro do lekarza.
-Wiem.
-Teraz będzie juz dobrze.

******
Dodałam akurat tego imagina nie przypadkiem. Bo iż ponieważ jest to już 69 post.
Akurat ten imagin mi się podoba.  Jest taki... Fajny. O.

Chyba jest ciut za mało romantyczny, no ale ... Chyba już bardziej nie mogłam.



środa, 4 lutego 2015

Rozdział 36

Przemiły kierowca pomógł mi z walizkami i zaniósł je pod same drzwi. Całą drogę myślałam co będzie dalej. Ale do niczego nie doszłam.
Otworzyłam drzwi kluczem i wprowadzając walizki w korytarz, zamknęłam za sobą drzwi. Zaświeciłam światło. Powoli przeszłam się po całym domu, jakby poznając go na nowo. Wszędzie było już trochę kurzu. Dobrze, że swoje łóżko pokryłam specjalną plandeką. 
Walizki są w pokoju. 
Ja jestem w kuchni i doprowadza ja do porządku. Mimo iż jest 22. Po prostu chcę się czymś zająć. 
Koło godziny 24 kuchnia jest czyściutka. 
Zmęczona, idę do łazienki i biorę prysznic. Po czym w piżama kładę się do łóżka. Zasypiam. 

*** Następnego dnia  ***

Obudziłam się dość późno. Jest godzina 11.38. Jem śniadanie i zaraz biorę się do sprzątania reszty domu. 
-Halo? - usiadłam zmęczona na kanapie.
-Cześć córeczko!- usłyszałam głos mamy po drugiej stronie.
-Mamuś! - przerzuciłam się na polski.
-Co tam u ciebie? Działo się co?
-Nawet nie wiesz jak bardzo!
-No domyślam się. Opowiadaj!

-... No i tak znowu skończyłam w tym domu- zakończyła swoją opowieść.
-Przykro mi. Tworzyliście taką słodką parę... - słyszałam po jej głosie, że się rozmarzyła.
-Mamo!
-No co? Mam już nawet ładną sumkę na wasz ślub! - powiedziała radośnie.
-Mamo! - zaśmiałam się.
-No co? Ja nadal uważam, że jeszcze będziecie razem. Zobaczysz. A ten cały Paul, czy jak mu tam jest, niech sobie znajdzie inne ofiary niż moje dwie dziewczynki!
-Mamuś, spokojnie. Marlena da radę, ona jest twarda.
-A ty?
-Co ja?
-Dasz radę?
-Staram się.
-No. Tak trzymać córcia. I kiedy się spotkacie?
-Dziś do mnie przyjdzie- powiedziałam z uśmiechem.
-To świetnie. Mam nadzieję, że uda się wam przetrwać to.
-Ja też mam taką nadzieję.
-Tylko wiesz, pamiętajcie o zabez...
-Mamo!-przerwałam jej szybko. Mówiłam wam kiedyś, że moja mama jest bardzo... Staroświecka?
-No co? Ja tylko mówię. Nadal jesteś moją malutką córeczką i się o ciebie boję. Nie chcę, żebyś znowu płakała.
-Wiem. Dziękuję ci za to.
-No dobrze, będę kończyć  niedługo idę do pracy, muszę się przygotować.
-Dobrze pa mamciu!
- Do usłyszenia Ewa.
Rozlączyłam się i wróciłam do sprzątania.

Po dokładnie pięciu godzinach latania z wiaderko wody i ścieżką po domu, skończyłam. Cały dom lśni.
Gdy odpoczywałam tak sobie na kanapie przed tv, po raz kolejny rozległ się dzwonek mojego telefonu.
-Słucham? - odebrałam.
-Nie mów słucham, bo cię wyrucham maleńka- usłyszałam głos Lou po drugiej stronie.
-Aleś ty zabawny Louis-  powiedziałam z uśmiechem.
-No wiem- zaśmiał się. - Dzwonię do ciebie gdyż ponieważ, chcę ci powiedzieć, że przyjdę jakoś i 19.
-To za dwie godziny! - zerwałam się z kanapy i z telefonem przy uchu wpadłam do pokoju.
-No i?
-Nie zdążę nic przygotować! - otworzyłam szafę, szukając jakichś  innych ciuchów.
-Poradzisz  sobie. Wierzę w ciebie - roześmiał się.
-Tak... No dobrze.
-Widzimy się za dwie godzinki. Pa kotku! - i tak po prostu się rozłączył. Spojrzałam na siebie. Wyglądam jak mebel, bo założyłam znoszone ciuchy do sprzątania. Westchnęłam i zaczęłam się ogarniać. Mimo, że to tylko Louis, chciałam dla niego wyglądać ładnie. Chyba jak każda dziewczyna, nie?
Założyłam niebieską sukienkę w białe pasy na ramiączka i po delikatnym makijażu i przeczesaniu włosów, na bosaka zleciałam na dół by zrobić coś do jedzenia.

***Dwie godziny później ***

Zrobiłam coś do jedzenia i skończyłam dokładnie pięć minut przed dzwonkiem mojego telefonu.
-Halo?
-To ja.
-Oryginalnie Louis, bardzo- powiedziałam.
-Wiem. Jestem na terenie twojej posiadłości. Wyjdź do ogrodu.
Rozłączył się. Przez chwilę wpatrywałam się w ekran telefonu. A potem wyszłam przez taras z tyłu domu. Było strasznie ciemno i ledwo widziałam.
-Louis? - stanęłam na schodach i rozejrzałam się po tym miejscu.
-Tu jestem-wraz z tymi słowami, poczułam jak jego dłonie opłacają moją talię i przyciągają moje ciało do jego. Z uśmiechem na ustach odwróciłam się w jego stronę.
-Hej- powiedziałam cicho, patrząc w jego niebieskie, iskrzące się oczka.
-Hej - patrzył na mnie z delikatnym uśmiechem. - Tęskniłem za Tobą.
-Ja też.
Może to wydawać się głupie. Widzieliśmy się przecież wczoraj, rozmawialiśmy dwa razy dziś, ale tak jest. Po prostu.
-Proszę - odsunął się trochę ode mnie i wręczył mi różę. Niebieska! Skąd ją ma? Skąd wiedział?
-Skąd wiedziałeś? - powąchałam ją. Pachniała jak zawsze, herbatą. Bo to róża herbaciana.
-Mam swoje źródła- zaśmiałam się.
-Śliczna.
-Cieszę się.
Spojrzeliśmy na siebie i w tym momencie złączyliśmy się ustami. Jego usta delikatnie napierał na moje.
Po chwili odsunęliśmy się od siebie. Patrzymy na siebie z uśmiechem.
-Chodź do domu.
Pociągnęłam go za rękę domu i zasunęłam drzwi tarasowe. Weszliśmy razem do kuchni, w której stał nakryty stół.
-Widzisz? Dałaś radę - kolejny raz zostałam obdarowana całuskiem, tym razem w szyję.
-Dzięki.
Różę położyłam obok na stole.
-Mam coś jeszcze - oznajmił z uśmiechem i postawił na stole butelkę czerwonego wina.
-Chcesz mnie upić? - zapytałam z uśmiechem i przyniosłam kieliszki do wina.
-Ależ skąd, kotku! Gdybym chciał Cię spić, przyniósł bym mocniejszy alkohol - nadal się uśmiechał. Kocham jego uśmiech.
-Tak, masz rację.
Polał wino do kieliszków i wznieśliśmy toast.
-Za nas- powiedział.
-Za nas.

Po kolacji, znalezliśmy się w moim pokoju. Louis siedzi oparty o ścianę a ja leżę oparta o tors Lou.
-Czemu nie byłaś dziś w pracy?- zapytał bawiąc się moimi włosami.
-Nie pamiętasz? We wtorki zawsze ja i jakaś inna pracownica mamy wolne.
-A no tak. Faktycznie. Zapomniałem. Dawno nie byłaś w pracy i dlatego zapomniałem.
-No. Prawie miesiąc.
-Patrz jak szybko to zleciało. Nawet nie wiem kiedy.
-Tak. Najlepszy okres w moim życiu.
-Moim także- schylił się, by pocałować mnie.
Czy ja już mówiłam, że kocham jego usta?
-Całuj mnie Lou.
Zaśmiał się, ale nie przestał. Obrócił mnie w swoją stronę i przytulił. Byłam pod nim.
-Jeśli miałbym cię dalej całować, to w końcu bym cię wykorzystał, bo mnie cholernie podniecasz w tej sukience- przetaksował mnie z góry na dół, nie omieszkając spojrzeć na nogi. Sukienka opinała mnie tam gdzie powinna i uwydatniała to co powinna i była przy tym krótka, ale bez przesady.
Zarumieniłam się i to mocno, bo czułam parzenie na policzkach. Spóściłam wzrok.
Boże, czemu ja jestem taka wstydliwa?!
-Hej- podniósł mój podbródek palcem wskazującym tak, bym patrzała w jego oczka. -Uwielbiam jak się rumienisz, więc nie opuszczaj głowy.
-Okej- uśmiechnęłam się do niego. Położył się obok mnie, przyciągając mnie do siebie.
-Chciałbym cię gdzieś zabrać- patrzył na mnie uważnie.
-Gdzie?- zaciekawiłam się. Wyjazd z Louisem będzie świetny.
-Chciałbym, żebyś pojechała ze mną do moich rodziców.
-Co?- zapytałam tak, jakbym nie zrozumiała tego co powiedział.



************
Hej misiaczki!!!
Jak rozdział??


Louis przyszedł do Ewci!
Przyznać się, kto zakładał, że pojawi się scena erotyczna w tym rozdziale?<3
PISAĆ MI TU SZCZERZE!





     CZYTASZ = KOMENTUJESZ

wtorek, 3 lutego 2015

Louis zamówienie

Dla Twój Cukierek 



Rzucił mną tak, że znalazłam się w rogu, między łóżkiem a szafką nocną. Skuliłam się z bólu.
-Teraz musisz mi za to zapłacić- zamachnął się. Uderzył mnie w twarz.  Kolejny raz. I jeszcze i jeszcze.
-P... Przepraszam... - wydukałam. Bolało.
-Przepraszasz? - zapytał i przybliżył się, łapiąc za podbródek.
-Tak... To moja wina...
-Zgadza się kochanie- leciutko cmoknął mnie w usta. Prawie tego nie czułam.
Tak, to moja wina. Mogłam posłuchać Louisa i zostać tam, gdzie mnie prosił o to. Zostawiając mnie samą, w jakiś sposób ufał. Po swojemu.
-Co by było, gdyby ten bandyta zabrał mi cię i skrzywdził? Bardziej niż ja?
Cały czas patrzył mi w oczy. A ja uciekałam swoim wzrokiem od jego. Boję się patrzeć w jego czy. Choć są takie piękne.
Choć on jest gangsterem. I ma swój gang.
-Nie wiem co by się stało...
-A ja wiem.
-Przepraszam... Bardzo przepraszam...
-Dobrze. Żałujesz? - zapytał nadal będąc blisko mnie.
-Bardzo.
-A więc...
Nie zdążył dokończyć. Do pokoju wpadli jacyś napakowani faceci.
-Ona jest nasza- warknął jeden z nich i szarpnął mną tym samym podnosząc mnie do pionu.
-Jassie jest moja. Legalnie. Nie zabierzcie mi jej!- powiedział Louis, trzymany za ramiona przez drugiego z osiłków.
-Taki jesteś pewny? To patrz.
Szarpnął mnie za włosy, tym samym ciągnąc  mnie za sobą do drzwi. Krzyknęłam z bólu.
Louis wyrwał się tamtemu i rzucił na mojego oprawcę. Ten Puścił mnie i upadłam na podłogę. Uciekałam w najdalszy kąt pokoju i patrzyłam przez palce na rozgrywającą się okropną scenę.
Raz to ci dwaj mieli przewagę nad Louisem a raz on. To było okropne. Krew lała się po każdym z nich a ja błagałam Boga, żeby to się w końcu skończyło.
Odważyłam się zrobić coś. Przecież muszę go ratować. Nawet jeśli mnie krzywdzi. Rzuciłam się na plecy jednego z oprawców Louisa. Ten zrzucił mnie z siebie i odwrócił do mnie. Z uśmiechem śmierci, zaczął mnie bić, kopać wszędzie, gdzie  chciał.. W żebra, nogi, brzuch... Wszędzie. Ból był nie do zniesienia.
W końcu, jak zbawienie, usłyszałam odgłos pistoletu. Ten, który znęcał się nade mną  zatrzymał się i spojrzał w stronę tamtych dwóch. Bałam się tam spojrzeć. Nie wiedziałam, który z nich strzelił. Jeśli ten goryl, to po mnie. Jestem w jeszcze gorszej czarnej dupie niż byłam. Nie mogę powiedzieć, że przy Louisie byłam w raju, nie. On nie krzywdzi mnie bardziej niż zasłużyłam. Wiem pokręcone to, ale w ten sposób dawał mi do zrozumienia do czego jest zdolny a do czego nie.
-A ty, zabieraj tego skurwysyna stąd zanim i ciebie zabiję! - usłyszałam głos Louisa. Odetchnęłam. - Mówię do ciebie! Spierdalaj mi stąd!
Tamten posłuchał go i szybko zniknął z trupem.
Zapłakałam. Jak jeszcze nigdy. Ani wtedy kiedy " kupił mnie" i wiedziałam kim jest. Ani wtedy, kiedy... Kiedy mnie zgwałcił, bo mu się postawiłam. To było na początku, jakoś po kilku dniach. A jestem u niego rok...
Spojrzałam na Louisa. Ledwo trzymał się na nogach, cały we krwi...
Przewrócił się.
Doczołgałam się się do niego.
-Louis...
Zgarnęłam jego włosy, które opadły mu na twarz.
-Bardzo boli? - zapytałam.
-Nie- odpowiedział twardo. Ale i tak widziałam ból na jego twarzy. Otarłam kropelki krwi z jego wargi. - A ciebie? -  odpowiedział ciężko.
-Trochę-nie potrafiłam udawać jak on.
-Wiesz...-patrzał mi w oczy. Ja w jego - też. - Dziś... Dopiero dziś zobaczyłem, że mi na tobie zależy...
To co powiedział... To były najczulsze słowa jakie do mnie powiedział od początku naszej znajomości.
-Louis...
-Juz nigdy więcej Cię nie skrzywdzę, nigdy więcej.
-Louis...
-Przepraszam za wszystko. Za każdy ból jaki ci zadałem...Zmieniłaś mnie. Na dobre.
Pogładził mnie po włosach. Delikatnie.
-Louis... Czemu to mówisz?
-Bo... Teraz masz szansę. Jeśli wyjdziesz stąd teraz, nie poniesiesz żadnych konsekwencji... - patrzył na mnie. Było mu ciężko oddychać.
-Co ty mówisz?
-Cierpisz przeze mnie.
-Ale... Ja nie chcę stąd iść...
-Co?
-Nie chcę ciebie tu zostawić. Jesteś... Jesteś dla mnie ważny...
Popatrzyłam na niego nie pewnie. On też patrzył na mnie. Tyle, że przenikliwie.
-Jassie... Ty też jesteś dla mnie ważna. Ale boję się, że znowu cie skrzywdzę...
-Nie skrzywdzisz mnie- pogłaskałam go po policzku.
-Wierzysz to?
-Tak.
-Więc ja też w to uwierzę.
Złapał mnie za rękę i pocałował ja delikatnie.


************

Yyyyy...
Także ten...
Nie wiem co mam tu napisać na swoją obronę.
No po prostu...
No chujowy wyszedł.
Cukiereczek mój, ja po prostu sama nie wiem co to jest.
To straszne nie jest. Ani tyci tyci.
Nie wiem jak tobie się i czy w ogóle podoba...
Nie wiem.
Nie widzę w takich scenach Lou. Albo po prostu nie mam na takie imagin weny.
Przeraszam za to, że go zniszczyłam.
Boję się go nawet publikować.
Ale piszcie wasze opinie!
Co do kolejnych waszych zamówień, które mam- nie wiem kiedy one będą.
Nie mam na razie na nie pomysłu.

Ale mam nadzieję, że rozdziału nie zawalę.

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 35

*** Oczami Ewy ***

Wybiła godzina 20 i wyszłam z pracy. Na parkingu  z tyłu  budynku stoi auto Tommo. Wsiadłam i od razu pocałowaliśmy się w usta. 
-Cześć kochanie- powiedział i zaraz odpalił auto.
-Cześć.
-Jak w pracy?
-Wyobraź sobie, że wszyscy wiedzą już o tym, że nasz związek się rozpada. A na dodatek będziemy mieli nowego szefa od nowego roku-westchnęła.
-A Nicole?
-Nie wiem.  Nawet się z nią dziś nie widziałam.
-Facet?
-Co facet? - nie zrozumiałam pytania.
-No szef? To będzie facet?
-Tak.
-Mam się czuć zazdrosny? - spojrzał na mnie z brwiami podniesionym do góry.
-Nie- złapałam jego dłoń, którą trzymał na biegach. - Choćby był Bogiem, ja na niego nigdy nie spojrzę tak ja na ciebie.
-Oh kochanie, jakie to romantyczne- udał, że ściera łzę.
-Louis- trzepnęłam go w ramię.

Dojechaliśmy do domu. Wysiadłam i otworzyłam drzwi  i weszliśmy do środka. Zdjęliśmy kurtki i buty i weszliśmy do kuchni.
-Co zjesz? - zapytałam i zajrzałam do  lodówki.
-Ciebie- podszedł do mnie od tyłu i objął mnie w talii.
-A tak na serio?
-Cokolwiek.
Zrobiłam najzwyklejsze kanapki. Zjedliśmy je.
-No to co? Idę się pakować westchnęła i wstałam z jego kolan. Zatrzymał mnie swoją ręką.
-Ale że teraz? - zapytał  tak smutno, że mnie samej zrobiło się jeszcze bardziej  smutno.
-Wyprowadzam się dzisiaj, zapomniałeś?
-Nie.
-Ja też.
Puściłam jego dłoń i udałam się na górę  za sobą słyszałam jak Louis idzie za mną. Weszłam do jeszcze naszego pokoju. Wyciągnęłam  walizki i zaczęłam się pakować. Louis tylko na to patrzył.
Westchnął i usiadł na łóżku.
-Wiesz jak się teraz czuję?
-Jak? - odpowiedziałam.
-Jakbyś się wyprowadziła po rozwodzie- prychnął.
-A ja mam mieszane uczucia. To wszystko jest jakieś pokręcone...
-Tak.  Zdecydowanie.  Ty masz jeszcze w miarę spokojnie pracę. A ja? Sam za sobą czasem nie mogę nadążyć.
Zaśmiał się. Ja tylko się uśmiechnęłam.
-Coś mi się przypomniało.
-Co takiego? - zasnęłam jedną walizkę i ustawiłem ją do pionu.
-Na tym żałosnym spotkaniu, dowiedziałem się, kim będzie moja nowa 'partnerka' - zrobił cudzysłów. Szczerze? Przeraziłam się.
-Kim?
-Diana T.a sekretarka ze studia.
Aż sobie usiadłam.
Ta cycata blondynka?! Bez jaj.
-Zartujesz sobie teraz ze mnie?- usiadłam obok niego i spojrzałam musi twarz.
-Nie- podniósł się do pionu.
-Boże - załamałam się.
-Będzie dobrze- przytulił mnie do siebie. Westchnęłam.
-Mam nadzieję...
-Zobaczysz, poradzimy sobie.

Louis zniósł moje walizki na korytarz i zamówił taksówkę, którą zamówił jakiś czas temu a ja s ie  temu przyglądam. Zakazał mi po prostu cokolwiek robić.
-Taksówka będzie za 10 minut- podszedł,  mówiąc to do mnie. Objął mnie, jak to miał w zwyczaju,  w talii.
-Dobrze.
-Jutro do ciebie wpadnę. I będę całą noc- wyszeptał mi na ucho. Jak zwykle się zarumieniłam.
-Dobrze, będę na ciebie czekać.
-Będziesz?
-Uhm.
Na dworze zatrąbił kierowca czekający na mnie.
-Musze juz iść...
-Wiem.
-Ale żeby Iść, musisz mnie puścić - zaśmiałam się z nim.
-Okej, idź- powiedział i doprowadził mnie do drzwi. Nacisnęłam klamkę a Louis w tym samym momencie wpił się w moje usta. Oddałam pocałunek tak, jakby to był nasz ostatni pocałunek w życiu.
-Jeszcze raz- zażądałam, gdy się ode mnie  oderwał. Spełnił prośbę.
-I jeszcze raz na jutro- powiedział po czym cmoknął mnie jeszcze raz.
-Jeszcze raz-uśmiechnął mi się w usta.
-Wedle życzenia.
Po czym zabrałam torebkę i wyszłam z jego domu. Jeśli zostałabym tam jeszcze dłużej to pewnie bym już nie wyszła...
Podałam kierowcy adres i wsiadłam do taksówki.







****************
Rozdział kolejny mam dla was.
Co sądzicie?
Jakiś kiepski, nijaki.
Piszcie.








            CZYTASZ = KOMENTUJESZ

Harry zamówienie ( urodzinowo)

Dla Zuzi <3




-Harry, musimy pójść tam akurat dziś? Mam złe przeczucia...
-Kotek, no ale co się może stać? Przecież idziemy tylko do mojej mamy- potarłem jej ramiona. - Nie masz się czego bać.  To tylko moja mama.
-No dobrze. Wygrałeś- westchnęła i poszła się przygotowywać.

Wsiedliśmy do mojego samochodu i ruszyliśmy do mojej mamy.  Obiecałem jej, że dzisiaj przedstawię jej Zuzię.
Pojechaliśmy pod mój rodzinny dom i pomogłem ukochanej  wysiąść. Złapałem ją w talii i podeszlismy do drzwi. Zadzwoniłem dzwonkiem i czekałem aż ktoś nam otworzy.
-Harry, synku- dopadła do mnie mama i zaczęła ciągnąć mnie do salonu, zostawiając zapewne w progu zdezorientowaną Zuzię.
-Mamo, mamo, poczekaj.
-Co się stało syneczku?
Nic nie powiedziałem, tylko pobiegłem po mojego skarba.
-Chodź.
Weszliśmy razem do pomieszczenia i stanęliśmy naprzeciw mamy.
-Mamuś,poznaj  Zuzannę, moja dziewczynę. Zuz, to moja mama.
Kobiety przywitały się i zaczęliśmy gadać o wszystkim.

Po obiedzie zostawiłem je i poszedłem do mojego pokoju, zobaczyć czy pudełeczko nadal jest na swoim miejscu.
Jest.
Wróciłem do nich i poprosiłem o ciszę.
-Zuzi moja... Znamy się cztery lata,.  Postanowiłem w końcu to zrobić. Zuz,  wyjdziesz za mnie?-klęczałem zdenerwowany przed nią.
-Tak-powiedziała i założyłem na jej palec śliczny pierścionek. Przytuliła mnie mocno.  Oddałem uścisk i zaśmiał się. Spojrzałem na mamę. Uśmiechała się.
Zjedliśmy drugie danie obiadowe i potrzebowałem do toalety iść. Zostawiłem moją narzeczoną i tam też poszedłem.
Gdy wróciłem do stołu, była tam tylko mama.
-Gdzie Zuza?
-Wyszła.
-Jak to wyszła?!
-Normal...
Nie usłyszałem reszty. Wybieglem ze domu, by móc ją jeszcze dogonić. Byłem w bramie, gdy na zakręcie rozległ się przeraźliwy pisk opon. Poleciałem tam u to co zobaczyłem złamało mi serce. Moja mała Zuzik leżała na asfalcie pośród szkła. Nie ruszyła się. Pobiegłem do niej.
-Zuza! Zuza!
-Harry...
-Zuz, co się...?
-Harry przepraszam...Ja... Musiałam...
-Co?! Co tu mówisz?!
-Twoja mama nie chce takiej żony dla swojego syna... Nie cierpi mnie...
-Co t y gadasz?! Nie zasypiaj! PATRZ NA MNIE!
-Harry tak. Jak poszedłeś gdzieś pierwszy raz, powiedziała, żebym z Tobą zerwała, bo ona na nasz ślub nie przyjdzie... Ja... Potem już kazała mi się wynosić i... Zwyzywała od dziwek....
Usłyszałem gdzieś w oddali karetkę.
Zobaczyłem jak zamyka oczy.
-ZUZA NIE ZAMYKAJ OCZU!! -  wrzeszczałem i trzymałem ją za policzki.
-Harry zrób coś jeszcze dla mnie.... Jedna rzecz...
-Nie mów tak! Wyjdziesz z tego!
-Nie Harry... Pocałuj mnie Harry...  Ostatni raz...
Pocałowałem ją. Poczułem jak odciągają mnie  od niej.
-NIE! Ja chcę do mojej Zuzy...
Płakałem.  Jak dziecko. Zobaczyłem jak jakiś facet zakrywa jej ciało czarnym workiem. Upałem na kolana i wyłem.. Zobaczyłem moja matkę. To ona ja zabiła.
-Harry...
-N... Nie jesteś już moja matką.




************
Taki imagin zamówiony przez Zuzę.
Nie wiem czy jest taki jaki chciałaś... No ale...



Dziś URODZINKI HARRY'EGO!!

Jej on ma już  21 lat!
nawet nie wiem kiedy to  tak szybko zleciało...

Życzę Ci Harry...
Czego Ci tu życzyć?
Po pierwsze :nie waż się obcinać swoich pięknych włosów!
Tak.
Bądź sobą jak do tej pory i nie udawaj nie wiadomo kogo.
Znajdź w końcu sobie dziewczynę, taką na stałe.
Dalej twórz z chłopakami świetną muzykę i nie przestawaj, bo masz zajęliśmy głos i szczerze, kocham ciebie słuchać w Night Changes, Fools Gold.
I jeszcze raz najlepszego!




<3